W drogeriach półki uginają się od szamponów, żeli pod prysznic i płynów do kąpieli. Kolorowe etykiety kuszą obietnicą „objętości XXL”, „blasku bez obciążenia” czy „skóry miękkiej jak jedwab”. Ale wystarczy przyjrzeć się składom tych produktów, aby zorientować się, że niemal każdy z nich zawiera te same substancje – Sodium Lauryl Sulfate (SLS) lub Sodium Laureth Sulfate (SLES). Ich obecność nie jest przypadkowa – pełnią funkcję pianotwórczą i oczyszczającą. Są tanie, skuteczne i dlatego tak popularne. Problem w tym, że ich skuteczność często idzie w parze z działaniem drażniącym i wysuszającym, zwłaszcza dla włosów i skóry głowy.
Coraz więcej konsumentów zaczyna zwracać uwagę na to, co dokładnie nakładają na skórę i włosy. Nie bez powodu branża kosmetyczna przeżywa boom na produkty „naturalne”, „łagodne” i „bez SLS/SLES”. Świadomość rośnie, ale wciąż wiele osób nie rozumie, czym są SLS i SLES oraz dlaczego ich długotrwałe stosowanie może przynieść więcej szkody niż pożytku. W tym artykule przyglądamy się bliżej tym związkom i odpowiadamy na pytanie, dlaczego warto ich unikać, jeśli zależy nam na zdrowych, mocnych włosach.
Czym są SLS i SLES – chemia dla piany
Sodium Lauryl Sulfate (SLS) to anionowy środek powierzchniowo czynny, który świetnie się pieni i usuwa tłuszcz oraz zanieczyszczenia. Jego struktura chemiczna pozwala mu przyciągać zarówno wodę, jak i tłuszcze, dzięki czemu łatwo „odcina” brud od powierzchni skóry czy włosa. Sodium Laureth Sulfate (SLES) to jego łagodniejszy odpowiednik, pozyskiwany poprzez proces etoksylacji. Różni się jedynie kilkoma grupami eterowymi, ale w działaniu jest dość podobny – ma lepszą tolerancję dla skóry, ale nie oznacza to, że jest całkowicie bezpieczny.
Oba związki mają jedno główne zadanie – sprawić, by kosmetyk pienił się i skutecznie oczyszczał. Dzięki nim produkty myjące działają szybko i efektywnie, nawet przy niewielkiej ilości wody. Ich obecność w kosmetykach wynika głównie z kosztów – są tanie w produkcji, wydajne i kompatybilne z wieloma składnikami. Dlatego znajdziemy je w szamponach, żelach do mycia ciała, pastach do zębów, a nawet w płynach do mycia naczyń.
Problem w tym, że SLS i SLES są także substancjami drażniącymi, co zostało potwierdzone w licznych badaniach. European Chemicals Agency klasyfikuje SLS jako substancję powodującą podrażnienie skóry i oczu. W testach dermatologicznych wykazano, że już 1% stężenie SLS może wywołać rumień i łuszczenie się naskórka. Choć wiele kosmetyków zawiera niższe stężenia, to efekt kumulacyjny – codzienne, wieloletnie używanie – może prowadzić do poważnych problemów skórnych.

Jak SLS i SLES wpływają na włosy i skórę głowy
Choć SLS i SLES skutecznie usuwają brud, pot i sebum, robią to zbyt agresywnie. Naturalna bariera ochronna skóry – warstwa lipidowa – jest regularnie niszczona przez te detergenty. Skóra głowy staje się wtedy bardziej podatna na przesuszenie, swędzenie, a nawet mikrouszkodzenia. Osoby z łupieżem, AZS czy łojotokowym zapaleniem skóry często nieświadomie pogarszają swój stan, sięgając po kosmetyki z tymi składnikami.
W przypadku włosów, efekty mogą być jeszcze bardziej zauważalne. SLS i SLES otwierają łuski włosów, co prowadzi do utraty nawilżenia, blasku i elastyczności. Włosy stają się szorstkie, matowe i łamliwe. Długotrwałe stosowanie takich szamponów może spowodować przerzedzenie fryzury i zahamowanie wzrostu włosów, zwłaszcza u osób, które już wcześniej miały problem z ich osłabieniem.
Badania przeprowadzone przez American College of Toxicology wskazują, że używanie SLS w stężeniu powyżej 2% przez kilka dni może powodować reakcje zapalne skóry. Co więcej, u osób o cienkich, rozjaśnianych włosach, efekt może być bardziej dotkliwy – pojawia się zwiększone wypadanie, trudności w rozczesywaniu, a nawet nadmierne przetłuszczanie się skóry głowy jako reakcja obronna na przesuszenie.
Niektóre źródła wskazują, że resztki SLS mogą pozostawać na skórze nawet po spłukaniu kosmetyku, co zwiększa ryzyko podrażnień i uczuleń. Dodatkowo SLES, choć uważany za „łagodniejszy”, może zawierać śladowe ilości 1,4-dioksanu – związku potencjalnie rakotwórczego, którego obecność jest wynikiem procesu etoksylacji. Choć producenci mają obowiązek usuwać tę substancję, nie ma gwarancji, że w tańszych kosmetykach została całkowicie wyeliminowana.
ADHD u dorosłych – jak rozpoznać i jak leczyć?
Kosmetyki koreańskie – co to jest i czy są lepsze od innych?Komu szczególnie szkodzą – ryzyko wrażliwych grup
Nie każdy reaguje tak samo na działanie SLS i SLES. Dla niektórych użytkowników szampon z tymi substancjami nie wywoła żadnych objawów. Ale istnieją grupy osób, które są szczególnie narażone na negatywne skutki ich działania. Należą do nich:
- osoby z wrażliwą skórą, atopowym zapaleniem skóry, łuszczycą, egzemą,
- kobiety w ciąży – ze względu na większą przepuszczalność skóry i zmienioną gospodarkę hormonalną,
- dzieci i niemowlęta, których bariera skórna jest znacznie cieńsza i mniej odporna na działanie substancji chemicznych,
- osoby po zabiegach dermatologicznych (np. mezoterapia, dermabrazja), których skóra wymaga regeneracji.
Dodatkowo, osoby stosujące zabiegi chemiczne na włosy – takie jak koloryzacja, keratynowe prostowanie czy trwała ondulacja – powinny bezwzględnie unikać produktów z SLS/SLES, ponieważ pogłębiają one uszkodzenia struktury włosa i zmniejszają trwałość efektów zabiegów.

Jak unikać SLS i SLES – praktyczny przewodnik dla konsumenta
Choć SLS i SLES są powszechnie stosowane, to coraz więcej firm oferuje kosmetyki wolne od tych substancji. Można je rozpoznać po oznaczeniach „SLS-free”, „SLES-free” lub „bez siarczanów” (ang. sulfate-free). Warto jednak zawsze sprawdzać skład (INCI) na opakowaniu, ponieważ niektóre firmy stosują marketingowe triki – duże napisy „naturalny” nie zawsze oznaczają brak drażniących detergentów.
Zamiast SLS i SLES, producenci stosują łagodniejsze środki myjące, takie jak:
- Cocamidopropyl Betaine – substancja z oleju kokosowego, łagodna, choć u niektórych osób może wywołać uczulenie,
- Sodium Cocoyl Isethionate – bardzo delikatny, dobrze tolerowany przez skórę,
- Decyl Glucoside i Lauryl Glucoside – cukrowe substancje powierzchniowo czynne, niezwykle łagodne i biodegradowalne.
Warto wybierać produkty, które zawierają również składniki łagodzące: pantenol, aloes, alantoinę, oleje roślinne, hydrolaty z ziół. Taka kombinacja nie tylko myje, ale też odżywia i chroni skórę oraz włosy.
W Polsce rośnie liczba marek, które oferują łagodne szampony bez SLS/SLES, m.in. Anwen, Yope, Vianek, Sylveco czy OnlyBio. Zgodnie z danymi Nielsena z 2023 roku, segment naturalnych szamponów odnotował ponad 18% wzrost sprzedaży rok do roku – co wyraźnie pokazuje, że konsumenci coraz częściej sięgają po alternatywy dla klasycznych drogeryjnych kosmetyków.
Dla osób, które chcą ograniczyć ekspozycję na agresywne substancje, dobrym rozwiązaniem jest także metoda mycia włosów odżywką (co-washing), czyli użycie łagodnego produktu bez detergentów do codziennej pielęgnacji. Choć nie sprawdzi się u wszystkich, to może znacznie poprawić stan włosów i skóry głowy.
